Szukaj:
Zaloguj się! Dziś jest poniedziałek, 6 września 2010
Menu Główne
Strona Główna
Newsy
Imprezy
Wykłady
Artykuły
Galeria
Download
Forum
Regulamin WWW
Stowarzyszenie
O Nas
Spotkania SSKS
Władze
Dokumenty
Oferta
Kontakt
Inne
Księga Gości
Rekomenduj Nas
Kontakt z Użytkownikami
Panel Admina
Mapa strony
Linki
Logowanie
Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć!
Subskrypcja
Informacje o nowych wersjach na Twój mail!
Statystyki
Userów na stronie: 0
Gości na stronie: 6

Odwiedziło nas:

od 15.04.2006 r.

odwiedziło nas: 104874 osób! (11.2003-04.2006)

Zagłosuj na nas: Kolejowa Toplista



Twój adres IP to:

darmowe liczniki
Artykuły > Artykuły > Katastrofa w Ryongchon
W dniu 22 kwietnia 2004 r. miała miejsce katastrofa kolejowa w Koreańskiej Republice Ludowo-Demokratycznej w pobliżu stacji Ryongchon położonej ok. 20 km na północny-wschód od Sinuiju (miasta granicznego z chińskim Dandongiem).

O katastrofie kolejowej dowiedziałem się ok. 8:00 czasu koreańskiego od mojego kolegi, który oglądał przed śniadaniem wiadomości BBC. Tuż po posiłku śledziłem uważnie kolejne doniesienia angielskiej stacji. Pierwotnie podano, że zderzyły się 2 pociągi: jeden z paliwem, a drugi z gazem i że liczbę ofiar szacuje się na 3000 osób. Wkrótce informacje o liczbie ofiar (zabitych i rannych) zmieniały się i miały tendencję malejącą. W serwisach informacyjnych nadawano zdjęcia satelitarne, na których widać było buchające z wagonów kule ognia.

Po takich dramatycznych doniesieniach medialnych, zapytaliśmy naszych opiekunków-przewodników czy wiedzą coś na temat wydarzeń w Ryongchon oraz czy będziemy mogli odbyć zaplanowaną na następny dzień podróż z Pyongyangu do Pekinu. Koreańczycy ze zdziwieniem przyjęli nasze informacje i stwierdzili, że o niczym nie słyszeli, ale obiecali się czegoś dowiedzieć. Widać było narastające zakłopotanie, kiedy do południa nie mieli dla nas absolutnie żadnych wiadomości, które by potwierdzały lub dementowały katastrofę. Pod wieczór dowiedzieliśmy się że owszem miał miejsce wypadek kolejowy, ale to nie była żadna katastrofa.

Następnego dnia rano, zgodnie z planem udaliśmy się w towarzystwie żegnających nas gospodarzy na dworzec kolejowy w Pyongyangu. Pociąg nr 5 złożony z ok. 20 wagonów był podstawiony na najbliższy od strony budynku peron (peron tak szeroki, że swobodnie można postawić dwa autobusy w poprzek). Zajęliśmy miejsca w wagonie nr 13 (tego dnia – sobota – wagony bezpośrednie do Pekinu należały do Kolei Chińskich).

Peron był pełen ludzi, a wagony mocno zatłoczone. Z moich obserwacji wynika, że pociąg był złożony z wagonów komunikacji wewnętrznej do Sinuiju oraz 3 grup wagonów międzynarodowych: 2 do Pekinu, 2 do Dandongu (jeden to wagon bagażowy) i 2 do... Moskwy. Jedynie wagony do Moskwy były prawie puste ( jeden całkowicie ).

Pociąg punktualnie wyruszył o 10:10 i rozpoczął swój niezbyt rychły bieg.
Chiński konduktor szybko zorientował się po posiadanym przez nas bilecie OSŻD z kim ma do czynienia i z niezwykłą uprzejmością próbował nam we wszystkim czego potrzebowaliśmy w podróży pomóc. Niestety nie potrafił mi udzielić informacji o katastrofie w Ryongchon, gdyż nie miał dostępu do żadnych mediów, ani informacji ze strony swojego pracodawcy – jedyne co wiedział to, to że coś się stało przed Sinuiju.

Zarówno chiński, jak i rosyjscy konduktorzy nie posiada rozkładu jazdy pociągu na odcinku koreańskim.
Pociąg w drodze do granicy zatrzymywał się 4 razy – mniej więcej co godzinę. Na każdym postoju odbywała się spora wymiana pasażerów, ale jeszcze większa bagaży, których było zatrzęsienie. Można wysnuć wniosek, że jeśli już ktoś jedzie pociągiem to z całym dobytkiem swojego życia.

Nasz wagon był niemalże pełny. Jechali w nim (oprócz nas) wyłącznie Chińczycy i Koreańczycy. Ci ostatni wyróżniali się znaczkami z Kim Ir Senem przypiętym nad kieszenią marynarki (na sercu).
Swoim zwyczajem obserwowałem uważnie co się dzieje za oknem i robiłem trochę zdjęć – ostatnich ujęć z koreańskiej prowincji. Niestety tylko co drugie okno w wagonie na korytarzu się otwierało i często było okupywane przez palących papierosy Koreańczyków. Im dłużej jechaliśmy tym atmosfera stawała się gęstsza – coraz częściej pojawiali się na korytarzu Koreańczycy i bacznie czegoś wypatrywali oraz uważniej przyglądali się temu co robię.

Gdy zbliżyliśmy się do Sinuiju na ok. 30 min jazdy, pociąg wjechał na stację. Chcąc sfotografować jeszcze charakterystyczne w tym regionie betonowe, ale stylizowane domy, przymierzyłem się do fotografowania. Nie świadom tego co widzę, zrezygnowałem z fotografii kiedy zobaczyłem jakieś rozwalone rudery i zawalone magazyny. Po chwili zobaczyłem oddalony o koło 60-80 m stojący pociąg do naprawy torowiska, prowadzony lokomotywą M62. Zwróciłem uwagę, że cała dotychczas czerwonawa ziemia nagle zrobiła się czarna – taka jak po wysypaniu pyłu węglowego. Widziany z okna obrazek przedstawiał budowę/odbudowę toru i kręcących się w okolicy pracowników kolejowych oraz wojskowych. Wykadrowałem więc ujęcie, a tu nagle usłyszałem donośny i zaaferowany głos człowieka jadącego w sąsiednim przedziale. Skojarzył on zapewne miejsce, w którym się znajadowaliśmy z katastrofą kolejową w Ryongchon i nakazał zdecydowanie zareagować stojącemu obok mnie Koreańczykowi. Mężczyzna, zasłonił mi ręką obiektyw, zanim zdążyłem nacisnąć na spust aparatu... Powiedział mi coś w stylu „no photo”, a ja mu na to po angielsku i rosyjsku, że jestem kolejarzem i interesuje mnie ten pociąg. Koreańczyk był nieugięty, a ja natychmiast zrozumiałem, że musi to być miejsce katastrofy.
Wszystko wydarzyło się w przeciągu paru chwil. Zauważyłem kilka zrujnowanych budynków wyglądających jak stacyjne magazyny, na które jakby coś spadło. Poza tym stacja sprawiała wrażenie modernizowanej - wszystko znajdywało się jakby w przebudowie. Kontrastowało to jednak z sadzą na ziemi i wagonami towarowymi: 3 węglarkami, krytym i cysterną, które miały spore dziury w poszyciu – tak jakby ktoś ostrzelał je z broni o dużym kalibrze.

Po przejechaniu opisanego miejsca, pomyślałem, że być może fotografowanie kolei jest w KRL-D zabronione i pospiesznie przejrzałem ostatnie wykonane zdjęcia wykonane aparatem cyfrowym. Okazało się że z owej stacji otrzymałem zdjęcie jedynie ręki Koreańczyka...

Koreańczyk wydający polecenie mojemu sąsiadowi, kręcił się niespokojnie po wagonie. Zapamiętałem, że wyglądem bardziej przypominał Chińczyka (dłuższe, jakby puszyste włosy i dość tęga budowa wyróżniała go spośród innych).

Po dojechaniu do Sinuiju na tor przy peronie 2 (2 od dworca), odczepiono wagony międzynarodowe od pozostałych i przestawiono nas na tor przy peronie 1. Tam nastąpiła kontrola paszportowa i celna. Wypełniliśmy karty wyjazdowe i oddaliśmy pogranicznikowi paszporty. Zabrał je i oddał przed samym odjazdem po sprawdzeniu w biurze. Celnik jak zwykle na tej granicy – młody i miły – dobrze znający angielski. Bardzo pobieżnie i delikatnie sprawdził nasz bagaż – bardziej dla formalności, niż szukania czegokolwiek (podejrzewam, że Ci którzy dostaną już wizę KRL-D są uważani za na tyle godnych i „swoich”, że nie ma sensu ich wielokrotnie kontrolować wywołując niepotrzebne stresy obcokrajowcom, którzy przecież nie znają wszystkich zwyczajów i języka). Tajemniczy „rozkazodawca” rozmawiał intensywnie z żołnierzem zerkając na nas ukradkiem, a następnie ulotnił się szybko i wrócił dopiero przed odjazdem. Nie mieliśmy żadnych nieprzyjemności na granicy, a mając porównanie podróżnicze mogę stwierdzić, że granica koreańska jest przyjazna do pokonywania osobom mile widzianym. Tu nasuwa się porównanie z Białorusią, gdzie kontrola celno-paszportowa jest nieprzyjemna i skrupulatna.

Po wyjechaniu z Sinuiju, pociąg przejechał przez most graniczny. Niezwykłe wrażenie robi znajdujący się po lewej stronie (jadąc do Chin) most drogowy, który istnieje tylko po stronie chińskiej i kończy się platformą widokową, a po stronie koreańskiej wystają z rzeki jedynie nagie filary – jest to swoisty pomnik izolacjonizmu.

Jadąc pociągiem przez most kolejowy-drogowy, po prawej stronie, pasem – jak sądzę awaryjnym (jedna wąska jezdnia – nie nadająca się do normalnego ruchu granicznego) – przejeżdżał autobus. Podobno nie ma tam otwartego przejścia drogowego i dlatego podejrzewam, że autobus mógł jechać po albo z rannymi Koreańczykami, którzy, z powodu małej liczby miejsc w szpitalu w Sinuiju, byli wożeni nawet do Dandongu.

Po wjechaniu na dworzec w Dandongu, praktycznie przed naszym oknem pojawiła się grupa 20 – 30 dziennikarzy, którzy w natarczywy sposób próbowali znaleźć kogoś kto jest im w stanie powiedzieć co widział.
Niechętny do udzielania wywiadu w języku w którym nie mogę się tak wysłowić jakby tego wymagała chwila starałem się unikać ich nachalnych próśb o informację. Uległem dopiero, gdy zobaczyłem, że nikt nie kwapi się do rozmów z dziennikarzami. Nie chciałem, żeby świat obiegła pochopnie wysnuta informacja, że władze KRL-D zabroniły pasażerom udzielania jakichkolwiek informacji. Postanowiłem porozmawiać z dziennikarzami i opowiedzieć im to, co widziałem.

Wypytywali mnie o wiele szczegółów i próbowali dowiedzieć się jak najwięcej. Nie byli do końca zadowolenie, być może dlatego, że nie usłyszeli tego, czego się spodziewali. Powiedziałem im wyraźnie, że to co widziałem zdecydowanie nie wyglądało na miejsce tragedii z 3000 ofiar i że nie jestem w 100% pewien czy pociąg jechał trasą przez Ryongchon czy nie, ponieważ wiem, iż istnieje alternatywne połączenie. Mówiłem, że pociąg jechał planowo, że tor, po którym jechaliśmy wg mnie nie mógł być uszkodzony, że nad torami głównymi był drut trakcyjny, no i że nie widziałem tabunów wojska, milicji czy karetek.

Jak się później okazało, moja relacja pojawiła się w serwisach informacyjnych na całym świecie, gdyż byłem jedynym podróżnym pierwszego pociągu przyjeżdżającego z KRLD po katastrofie, który zgodził się udzielić wywiadu. Po powrocie do Polski wielu znajomych mówiło, że widzieli mnie Faktach TVN24 i czytali o mnie w „Fakcie” – cóż globalizm medialny pokazał swoją siłę.

Długo zastanawiałem się, czy rzeczywiście przejeżdżałem przez Ryongchon. Niestety mimo wielkich chęci, nie udało mi się tego ustalić w 100%, gdyż ani posiadane przez mnie mapy Korei, ani rozkłady jazdy, nie uwzględniają miasteczka Ryongchon.

Oglądając zdjęcia z katastrofy w Ryongchon, na których były wielkie kratery, masa zrujnowanych domów i szkoła – nie mogłem uwierzyć że przedstawiają one miejsce, które widziałem. Z drugiej strony paniczna reakcja Koreańczyków oraz zniszczone budynki i wagony sugerowały, że to musi być jednak to miejsce – przecież w Korei w promieniu 10 km nie mogło być dwóch wybuchów!

Ostatecznie utwierdziły mnie w przekonaniu, że byłem w Ryongchon zdjęcia satelitarne serwisu internetowego „Global Security”:
(http://www.globalsecurity.org/military/world/dprk/ryongchon-imagery.htm), na których widać miasteczko przed i po tragedii. Widać tam stację kolejową która stosunkowo mało ucierpiała i to dokładnie w tym rejonie gdzie stał ów pociąg naprawczy. Epicentrum można tam spostrzec bliżej centrum wioski, przy dużej szkole. Szokuje ogrom zniszczeń domostw. Wydaje mi się, że ponad 150 zabitych i około 300 hospitalizowanych osób to wynik eksplozji wagonów (prawdopodobnie, tak jak podają źródła międzynarodowe, wagon z saletrą amonową eksplodował pod wpływem uszkodzonego kabla wysokiego napięcia, detonując pobliską cysternę), które był odstawiane na bocznicę bliżej centrum miasteczka.

Nie potwierdzają się też spekulacje amerykańskich mediów co do próby zamachu na lidera KRL-D Kim Dzong Ila, gdyż pociąg z nim na pokładzie przejechał przez Ryongchon ponad 9 godzin przed wybuchem.

Kończąc ten raport z podróży przez Ryongchon, pragnę zauważyć, że co do tej katastrofy wciąż jest bardzo wiele niejasności. Stwierdzenie całej prawdy z nią związanej może być możliwe dopiero po latach, gdy miasteczko i jego mieszkańcy zdążą zapomnieć o tej tragedii.


Jacek Poniewierski
komentarz[2] |


© 2003 Admin. Wszelkie prawa zastrzeżone.
engine powered by jPORTAL 2