Moja pierwsza reakcja na wiadomość o Sylwestrze w pociągu wyglądała mniej więcej tak: zaniemówiłam, szczęka mi opadła, a oczy zrobiły się jak pięć złotych. Ale za chwilę pojawiła się myśl: „A może to ma szansę się udać?” Teraz już wiem – nie „może”, ale „na pewno” się udało i to bardzo dobrze. Ale zacznijmy od początku.
Ludzie zebrani w ostatni wieczór roku 2003 na peronie Dworca Wschodniego w Warszawie z pewnym zakłopotaniem i niepewnością obserwowali nadjeżdżający pociąg. Mieli w nim spędzić nadchodzących kilka godzin i na dodatek dobrze się bawić. Ktoś zaczął nawet przebąkiwać o rezygnacji... Ale cóż, ryzyk – fizyk, wszyscy postanowili podjąć wyzwanie i w efekcie chyba nikt nie żałował swojej decyzji.
Sylwestrowy pociąg przypomniał mi ten z tuwimowskiego wiersza, który pewnie niejeden z uczestników zabawy deklamował jako dziecko: „Ruszyła – maszyna – po szynach – ospale...”. „Maszyna” ruszyła może i ospale, ale zabawa rozkręciła się bardzo szybko. Początkowe zakłopotanie i niepewność szybko zastąpił uśmiech i radość. Dobry nastrój potęgowały skwaszone miny pasażerów „tradycyjnych” pociągów, którzy nieśmiało i ze zdziwieniem zerkali w naszą stronę. Oni nie mieli przystrojonych wagonów, szwedzkich stołów i muzyki, za to nie potrafili ukryć zazdrości rysującej się na twarzy.
Wśród uczestników sylwestrowej zabawy bez trudu można było rozpoznać miłośników kolei – pełnia szczęścia na ich twarzach spowodowana możliwością spędzenia tej jedynej nocy w roku na szynach mówiła sama za siebie. Wszystko inne zdawało się być nieważne – najistotniejsze było to, że znów jadą pociągiem!
Zarówno sympatycy kolei, jak i ci, których podróż pociągiem nie przyprawia o dreszcze emocji z radością przywitali przerywnik – ognisko na stacji o nazwie dość oryginalnej, ale niezbyt zachęcającej – Mordy. Jednak nazwa, tak jak i pozory, może mylić. Postój był bardzo sympatyczny, a na dodatek w pięknej, zimowej scenerii.
Ognisko (a właściwie dwa) było sylwestrowo–noworoczne, bo właśnie w jego blasku został pożegnany Stary i przywitany Nowy Rok – 2004. W oczekiwaniu na tą chwilę można było, jak to zwykle przy okazji ognisk bywa, upiec kiełbaskę. Co prawda swojego kawałka trzeba było strzec jak oka w głowie, bo kiedy wpadł w płomienie nie było szansy na otrzymanie drugiego, ale kto by myślał o jedzeniu w taką noc?
O godzinie 0:00 blask ognia nie był już jedyny – niebo rozświetliły wybuchające co chwila urocze fajerwerki, a dźwięk trzaskającego ognia zagłuszyły odgłosy otwieranego szampana.
Było sympatycznie, jednak nie był to sylwester harcerski, więc przyszedł czas na opuszczenie ognisk i powrót do pociągu.
I znów – „Ruszyła – maszyna – po szynach – ospale...” A impreza? Teraz dopiero rozkręciła się na całego! Było co świętować – młodziutki Nowy Roczek zabrał się w drogę powrotną do Warszawy i raczkował pomiędzy siedzeniami. Być może to dobra wróżba i rok 2004 będzie pomyślny dla kolejarzy i miłośników kolei? Miejmy taką nadzieję!